"Laponia. Wszystkie imiona śniegu" - Marta i Adam Biernat
Moje pierwsze spotkanie z Serią Podróżniczą Wydawnictwa Poznańskiego nie było specjalnie udane. Liczyłem na współczesny reportaż podróżniczy. Zresztą, z tego, co się zorientowałem, ta seria właśnie tym jest - cyklem reportaży z różnych części świata, taką mniej „na wypasie” Biblioteką „Poznaj Świat” od Wydawnictwa Bernardinum. Problem w tym, że „Laponia. Wszystkie imiona śniegu” nie jest reportażem podróżniczym, chociaż tak się zapowiadała. Marta Biernat w pierwszym rozdziale naprawdę idzie we właściwą stronę. Ma odpowiednią perspektywę, bo przez jakiś czas mieszkała w Laponii, wśród potomków prawdziwych Saamów. Jednak bardzo szybko wykonuje zwrot i ląduje w dalekiej przeszłości, w której pozostaje już do końca książki.
A zatem „Laponia. Wszystkie imiona śniegu” nie jest reportażem podróżniczym. Powtarzam się, bo chcę, żeby to głośno wybrzmiało. Ta książka nawet obok niego nie stała, no chyba że przez przypadek w Empiku albo u mnie na półce - i to tylko dlatego, że nie chcę rozbijać serii. Ale serio - ta publikacja to bardziej twór z pogranicza antropologii, historii i badań nad dawnymi kulturami, niż coś z czego słynie ta seria Wydawnictwa Poznańskiego. Dowiecie się, w co dawniej wierzyli Saamowie, jak spędzali czas, jak polowali i biesiadowali. Autorzy (bo okazuje się, że jest ich dwoje) sporo miejsca poświęca dawnym obrzędom i rytuałom, piszą o tym, z kim Saamowie dawniej mieli kosę, a z kim się bratali, jak walczyli o swoją ziemię i jak byli stopniowo z niej wypychani. Problem w tym, że wszystko to dotyczy dawnych mieszkańców Laponii. Coś, co w reportażu podróżniczym powinno być jedynie wątkiem pobocznym lub historycznym zarysem, w „Laponii. Wszystkich imionach śniegu” staje się głównym, a właściwie jedynym tematem. Na współczesność zabrakło już miejsca, a ja wciąż się dziwię, jakim cudem Wydawnictwo Poznańskie przyjęło tego typu publikację do akurat tej serii.
Jeśli mam być szczery, czuję się oszukany. Aż tak bardzo Laponia nie zajmuje mojej głowy, żebym odczuwał potrzebę zagłębiania się w jej historię. Chciałem przeczytać książkę o współczesnych ludziach, ich codziennym życiu, emocjach, pragnieniach, marzeniach i smutkach, o tym, jak postrzegają swoje miejsce na ziemi. Zamiast tego dostałem napisaną w nieco luźniejszej formie książkę historyczną, pisaną na chłodno, z dystansem, na zimno.
"Laponia" państwa Biernat ani mnie nie zachwyciła, ani nie porwała, a momentami wręcz męczyła. I właśnie to uczucie zmęczenia po lekturze ich książki w tej chwili u mnie dominuje. Szkoda, bo liczyłem na coś zupełnie innego i lepszego.



Komentarze
Prześlij komentarz